top of page

Wydawcy muszą stawić czoła skutkom pandemii

29 kwietnia 2022

Rozmowa z Rafałem Skąpskim, prezesem Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek

W jakiej kondycji rynek książki wyszedł z dwóch lat pandemii i towarzyszących jej restrykcji? W mediach pojawiały się zarówno opinie, że z powodu lockdownów i ograniczeń Polacy zaczęli więcej czytać, jak i takie, że nie odbiło się to na widocznym wzroście sprzedaży…


Te dane pozornie tylko są sprzeczne ze sobą. Wymuszony przez pandemię inny rytm naszego życia i więcej czasu spędzanego w domu rzeczywiście zaowocowały zwiększonym zainteresowaniem książką, wzrostem czytelnictwa. Nie przełożyło się to na odczuwalny w skali kraju wzrost zakupów w księgarniach, ale odnotowano taki wzrost w internetowych firmach wysyłkowych. Jednocześnie jest duża sieć księgarń, których właściciel informował mnie o wysokim obrocie i wysokich zyskach. Może znalazł on ciekawszy od innych sposób promowania swoich księgarń i książek? Poza tym pandemia na pewno skłoniła wiele osób do sięgnięcia po książki z ich domowych bibliotek, zarówno te czekające od dawna w kolejce na ich przeczytanie jak i te, już raz czy dwa przeczytane, których ponowna lektura była możliwa właśnie w tym nietypowym czasie epidemii.


Co, z punktu widzenia wydawcy jest dzisiaj największym problemem? Koszty druku, współpraca z hurtowniami, kanały dystrybucji czy fakt, że z powodu inflacji Polacy zaciskają pasa, a więc wydają mniej również na kulturę?

Sądzę, bo nie ma chyba żadnych stosownych na ten temat badań, że każde z przytoczonych uwarunkowań jest w podobnym stopniu dolegliwe. Przed pandemią mówiło się, że nie jest problemem napisać książkę, wydrukować ją, wprowadzić na rynek, a nawet zorganizować jej reklamę, ale najtrudniej (dla wydawcy) odzyskać za tę książkę pieniądze. Nie jestem teraz aktywnym uczestnikiem rynku, nie prowadzę już wydawnictwa, ale wiem, że ta sytuacja niewiele się zmieniła. Chyba z jednym wyjątkiem, bo wyższa cena jednostkowa książki to konsekwencja wzrostu cen celulozy, a także wydłużenia czasu transportu papieru z Azji. Wszystkie materiałowe składniki produkcji książek podrożały od co najmniej 30 do 100 procent. Ta tendencja może się utrzymać do końca bieżącego roku. Można prognozować, że spadek cen, a przynajmniej zahamowanie ich wzrostu, może wystąpić zapewne w roku 2023. Wszystko to jednak zależy od ogólnej sytuacji gospodarczej, która będzie wynikała z rozwoju pandemii lub jej opanowania – a to wciąż wielka niewiadoma. W ostatnim czasie odnotowano wzrost ceny drewna, celulozy i papieru offsetowego.


Jak wygląda polski rynek wydawniczy, jeśli chodzi o strukturę? Dominują duże wydawnictwa, wydające dziesiątki nowych pozycji rocznie, czy mniejsze oficyny? Jaki trend będziemy obserwować w najbliższych latach?

Myślę, że od pewnego czasu istnieje równowaga, nie jest ona może stabilna, ale jednak jest. Nie odnotowaliśmy ostatnio spektakularnych upadków dużych wydawców, co przecież w pierwszej dekadzie a nawet dwóch po transformacji było częste, tak jak upadki hurtowni. To drugie było dla rynku bardziej bolesne, bardziej odczuwalne i mało chwalebne. Małe wydawnictwa jeśli upadały, czyniły to niemal niezauważalnie, im zresztą łatwiej było przebrnąć przez kłopoty, bo i skala tych kłopotów była mniejsza. Wydaje się, że małym wydawcom jest łatwiej funkcjonować w trudnych warunkach: porównałbym to do łatwiejszego manewrowania przez mały statek niż wielki statek oceaniczny. Łatwiej jest im dostosować się do zmian na rynku. Myślę, że skutki pandemii odczują wydawcy umiejscowieni pomiędzy gigantami a tymi mikroskopijnymi, rodzinnymi oficynami. Wolałbym oczywiście, żeby kryzys wywołany pandemią nie dotknął żadnego wydawcy. Z przykrością odnotowuję informacje i zamykaniu małych, tak zwanych „niesieciowych”, księgarń. Od lat środowisko starało się przekonać samorządy, ale i władzę centralną, że potrzebne jest specjalne traktowanie takich księgarń, wprowadzenie pewnych ulg, których jednym z kryteriów jest specyfika tradycyjnej księgarni, tak inna od warzywniaka czy sklepu typu „mydło i powidło”.


Przez lata najlepiej sprzedawały się podręczniki i książki poradnikowe? Jak wygląda to obecnie, gdy chodzi o profil książek, które najchętniej kupują Polacy?

Zakup podręczników powinien być najmniej podatny na sytuację, o której mówimy. Wielkość roczników pobierających naukę jest nie tylko przewidywalna, ale dość łatwa do określenia. Wiadomo, ile każdego roku młodzieży rozpoczyna naukę w poszczególnych klasach, a nawet rodzajach szkół. Utrudnieniem dla wydawców są ministerialne decyzje dopuszczające raz więcej raz mniej podręczników zalecanych do danych przedmiotów, lub wprowadzając jeden podręcznik obowiązkowy. Książki poradnikowe, o które pan pyta rzeczywiście są obecnie chętnie kupowane. Szukamy odpowiedzi na wiele pytań, chcemy upewnić się czy dobrze wychowujemy dzieci, uprawiamy ogródek, czy właściwie odżywiamy się lub w odpowiedni sposób układamy relacje w pracy jeśli wedle poradnika uda nam się ją uzyskać. Odnoszę czasem wrażenie, że książki takie odejmują czytelnikom inwencji, osłabiają jego zdolności samodzielnego poszukiwania rozwiązań i sposobu postępowania. Preferencje czytelników zmieniają się, od pewnego czasu popularnością cieszy się reportaż, jest tego kilka powodów. Z jednej strony coraz wyższy poziom polskiego reportażu, z drugiej funkcjonowanie Nagrody im Ryszarda Kapuścińskiego, czy ośrodka (bo to więcej niż wydawnictwo) „Dowody na istnienie”. Generalnie to media i reklama kształtują gusta i tendencje czytelnicze. Nie zawsze w kierunku, z mojego punktu widzenia, pożądanym. Ale z drugiej strony czytelnik Olgi Tokarczuk i czytelnik Blanki Lipińskiej to nadal czytelnik. A raczej czytelniczka, bo od lat wiemy, że to więcej kobiet kupuje i czyta książki. Ja sam od dłuższego czasu chętniej sięgam po literaturę faktu, historyczną, wspomnieniową czy biograficzną. Robię jednak wyjątki dla kilkorga znakomitych (i znajomych) prozaików… Kiedyś były to również wiersze Tadeusza Różewicza.


Pojawienie się e-booków miało być początkiem końca książki drukowane. Jak dzisiaj wygląda rynek książki cyfrowej?

Nie wszyscy byli tego zdania. Konsekwentnie od lat twierdziłem, że e-booki zajmą pewną część rynku książki i zapewne ta część będzie się powoli powiększać, ale e-book nie zdominuje rynku, nie zastąpi książki tradycyjnej. Podawałem przykłady innych dziedzin kultury, gdy na przykład postrzegano kino jako zagrożenie dla teatru, telewizja miała odciągnąć widzów z kin. Następnie w kasetach video upatrywano konkurencji zarówno dla telewizji i kina. Proporcje pomiędzy tymi obszarami uczestnictwa zmieniają się (lecz nie w gwałtowny sposób) ale na razie trzeba mówić o współistnieniu, a nie o wypieraniu książki papierowej przez e-booki. W wielu wywiadach podawałem przykład moich wnuków chętnie korzystających podczas wakacji z czytników e-book, ale w domu przedkładających możliwość obcowania z książką tradycyjną.


Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marcin Rosołowski

bottom of page