Te nieszczęsne kreski wokół ust – co z tym robić?
Hej wszystkim! Słuchajcie, mam taki problem, który spędza mi sen z powiek... Mam dopiero 32 lata, a widzę, że wokół ust (chyba to się nazywa zmarszczki palacza, chociaż nie palę!) i przy oczach zaczynają mi się robić takie drobne, ale widoczne linie. Najgorzej jest rano albo jak mam gorszy dzień i skóra jest sucha.
Próbowałam już chyba miliona kremów, od tych z drogerii po droższe z apteki, ale to nic nie daje. Mam wrażenie, że tylko nawilżają na chwilę, a te kreski jak były, tak są. Zastanawiam się nad jakimiś zabiegami, ale strasznie boję się efektu "napompowanej" twarzy albo że będę wyglądać sztucznie. Czy jest coś, co faktycznie działa na takie drobne rzeczy, ale nie zmienia rysów twarzy? Może któraś z Was miała coś podobnego i może coś podpowiedzieć? Bo już powoli tracę nadzieję, że cokolwiek pomoże...
.png)

Powiem Ci, że miałam identycznie! Też nie palę, a te pionowe kreski nad górną wargą doprowadzały mnie do szału, szczególnie jak nakładałam matową szminkę – wszystko właziło w załamania :/ Też się bałam wypełniaczy, bo nie chciałam mieć "kaczego dzióbka", no i szukałam czegoś mega delikatnego.
W końcu po dłuuugich poszukiwaniach i czytaniu opinii trafiłam na taką metodę, która nazywa się blanching. Szczerze? Na początku byłam sceptyczna, bo nazwa brzmi jakoś tak dziwnie, ale tam lekarz tłumaczył mi, że to się podaje bardzo płytko i nie ma opcji, żeby zrobiły się jakieś buły czy coś w tym stylu.
Najważniejsze to chyba po prostu przestać się tak spinać tymi wszystkimi opisami technicznymi i igłami. Ja w pewnym momencie po prostu uznała, że raz się żyje – poszłam, zamknęłam oczy i starałam się po prostu rozluźnić. Sam zabieg był całkiem spoko, trochę czuć takie pyknięcia, ale bez dramatu. Po wszystkim miałam przez chwilę takie jasne punkciki na skórze (stąd ta nazwa), ale to zeszło bardzo szybko. Efekt jest taki, że te linie po prostu "wyparowały", a twarz wygląda na wypoczętą, a nie zrobioną. Moim zdaniem warto po prostu spróbować, wyluzować i cieszyć się, że w końcu coś ruszyło z miejsca. Wiadomo, każdy ma inaczej, ale u mnie to był strzał w dziesiątkę po tych wszystkich nieudanych próbach z kremami.